Wiara

     Rozmawiałem kiedyś z prof. Adamem Schaffem – młodszym to nazwisko nic nie mówi, ale starsi pamiętają, że był taki bardzo wykształcony, mądry Żyd. Komunista, rektor czy dyrektor jakiegoś instytutu marksizmu-leninizmu. Ideowiec i ideolog, można powiedzieć, całego ruchu komunistycznego. Bardzo zawzięty wróg imperializmu, Watykanu i feudałów. A jednocześnie bardzo mądry człowiek, bo tłumaczył tym swoim przełożonym partyjnym, że komunizm jest najlepszym na świecie systemem, ale tylko, kiedy wyjdzie od ludu. Kiedy ludzie już mają dosyć wszystkiego i dlatego chcą zaprowadzić swój własny porządek. I ten właśnie prof. Schaff, kiedy rozmawialiśmy też i o Panu Bogu, wspomniał o swoim spotkaniu z Janem Pawłem II. Spotkał się z nim tak półoficjalnie, jako delegat rządu. Powiedział o tym spotkaniu: „Ja zauważyłem to, czego nie mogłem przedtem pojąć, że w jednym człowieku może być i wielka nauka, i wielka świętość, wiara wielka”. Część ludzi uważa, że jeśli człowiek jest dobrze wykształcony, intelektualnie wysoko stojący, to raczej nie może wierzyć. Jeśli prawdziwie wierzy, to w takim razie nauka jest mu niepotrzebna. A papież nie dość, że wykształcony, to jeszcze z właściwym stosunkiem do człowieka. Na powitanie wyciągnął ręce: „Witam pana profesora, cieszę się, że pana poznałem”. Profesor wspominał: „Proszę ojca, gdyby mnie nie złapał za ręce, to ja bym pod ten stół się przewrócił z wrażenia”. Po tym spotkaniu doszedł do wniosku, że nie umie udowodnić nieistnienia Pana Boga. Najpierw nie potrafił udowodnić Jego istnienia, a potem też nieistnienia. Mówił: „Przecież wiara jest łaską”. Pytanie, czy tak całkowicie darmo daną, czy trzeba na nią jakoś zasłużyć. Czy Szaweł, wierzący człowiek, zasłużył jakoś na tę łaskę, że uwierzył w Jezusa Chrystusa? Chociaż, gdyby tak Pan Jezus rąbnął nami wszystkimi w tej chwili o posadzkę i zajaśniał, i błysnął, i powiedział, o co chodzi, nasza wiara też by się raczej powiększyła. A Szaweł był bardzo konsekwentny w swojej zaciekłości przeciwko chrześcijanom. Zasadniczo, według swojego pierwotnego sposobu myślenia miał bardzo szlachetne pobudki: bronić wiary przekazanej przez przodków.
     Kiedy powiedziałem, żebyśmy się zastanowili nad tym, czy było w naszym życiu takie spotkanie z Panem Bogiem, czy raczej powoli dochodzimy do Jego poznania, czy też jesteśmy w trakcie poszukiwania, chodziło mi o wskazanie, że to jest taki moment, który już nie jest do rozważania wspólnego, tylko do naszej osobistej refleksji. W niej dzisiaj możemy zrobić krok dalej albo krok wstecz. Jeśli wspominamy chwilę spotkania z Chrystusem, to jak jest z moją wiarą w tym momencie? Na jakim etapie ona mniej więcej jest? Jakie są motywy mojej wiary? Czy w dalszym ciągu trwam tylko przy tradycji (co nie znaczy, że to jest płytka wiara – może być bardzo głęboka, wsparta na przekazie rodzinnym, przekonaniu)? A może doszedłem do niej po wielkich kłopotach, problemach wewnętrznych? A może wciąż to naburmuszenie, bunt wewnętrzny we mnie jest i w dalszym ciągu poszukuję w nadziei, że ostrze moich zarzutów powoli zostanie stępione i otrzymam pewne wyjaśnienia dzięki mojemu poszukiwaniu? Że może gdzieś we mnie się wszystko tak poukłada.
Czytelnia: